Wyspiarz niebieski: Kim pan się przede wszystkim czuje – naukowcem czy pisarzem?
Janusz Leon Wiśniewski : Jeśli pani obudziłaby mnie rano, przystawiła pistolet do głowy i kazała wybierać, czy chcę być naukowcem czy pisarzem, powiedziałbym, że zdecydowanie naukowcem. Gdybym mógł dokonać takiego ultymatywnego wyboru, to wybrałbym to, do czego jestem powołany. Ta cała literatura przydarzyła mi się gdzieś po drodze i to w momencie dość późnym, bo w 1997 roku, gdy miałem 44 lata. Pomyślałem, że chcę coś napisać i to wcale nie książkę, tylko jakiś tekst, który pomógłby mi się odnaleźć, bo przeżywałem ogromny smutek. I od tego się zaczęło. To, że „Samotność w sieci” - w wyniku różnych konstelacji – pojawiła się na rynku i została czytana, okrzyknięta kultową, przez jednych krytykowana, innych – uwielbiana, spowodowało, że pochyliłem się nad pisaniem. Poza tym, podczas jej pisania przeżywałem określone emocje, których mi potem brakowało. Ciężko pracuję, piszę programy dla chemii, moje życie zawodowe jest obdarte z emocji. Potem pojawiła się presja wydawnictw, że powinienem pisać. Chciałem powtórzyć to uczucie, więc pisałem następne książki. Jednak ciągle wydaje mi się, że nie zasługuję na miano „pisarza”, czuję dysonans, jak ludzie mówią o mnie „pisarz”. Nie mam przygotowania humanistycznego, nie pracowałem nigdy słowem, a dla mnie pisarz, to ktoś, kto jest przygotowany zawodowo, „dotknięty palcem”. Moje książki to opowiadanie ważnych dla mnie historii, bo piszę o rzeczach mi bliskich – mniemam, że mogą interesować, wzruszać innych.
Wn: Jak to było z opisywaniem – przynajmniej w „Samotności w sieci” – seksualności kobiety, czy korzystał pan z jakiś źródeł? Co panu pomogło się wczuć w emocje bohaterki, w jej duszę?
J.L.W. : Wystarczy przeczytać trochę Freuda i Junga, aby wejść w tę duszę albo przeczytać Karen Horney, która napisała swoją kultową książkę „Psychologia kobiety”. To nie było trudne, poza tym opisów seksualności kobiety przez seksuologów jest strasznie dużo, ważne były pewne zachowania – ale to też jest udokumentowane w literaturze, więc nie miałem większych problemów. To znaczy, w „Samotności…” ważne jest to, co jest takie „kobiece”, czyli cały sentymentalizm, przeżywanie tego wszystkiego bardziej, potrzeba bliskości, żeby pójść z kimś do łózka. U mężczyzn pokazywałem, że to nie zawsze jest związane z bliskością.
Wn : A nie bał się pan, że zahaczy o banał przez to, że nie jest to empirycznie doświadczone – jako że nie jest pan kobietą?
J.L.W. : Pisanie o miłości zawsze jest bardzo trudne, bo miłość jest zjawiskiem bardzo kiczowatym. Proszę sobie pomyśleć o tych listach miłosnych, których się wyczekiwało, odciskało usta, o różach, o symbolach – to jest proces kiczowaty, który chcemy przeżywać i czytać o nim… dla ludzi zakochanych te opisy są jeszcze naturalne, natomiast dla ludzi, którzy nie są zakochani, te opisy są niezrozumiałe. Dostawałem e-maile pełne wątpliwości co do zaistnienia miłości w Internecie, że to niemożliwe, że bzdurę wymyśliłem. A później, 3 lata temu, ta sama osoba napisała, że mnie przeprasza, dlatego że ona teraz przeżywa dokładnie to, co opisałem i odbiera książkę zupełnie inaczej. Pisanie o miłości jest, jak ja to porównuje, chodzeniem po linie nad przepaścią: po lewej stronie szczerzy zęby kicz, a po prawej – jak się ma dużo szczęścia – absolutny melodramat. I trzeba tak tę linię przejść, żeby ostatecznie nie spaść ani na lewo, ani na prawo. A to jest trudne, bo o miłości pisze się odkąd powstało pismo. Naukowcy zbadali już, co to jest miłość, w sensie biomolekularnym, ale nadal jest otaczana pewnym mistycyzmem i my nie możemy się pogodzić z tą naukowością. I ja to staram się pokazać w moich książkach, © Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów bez zgody redakcji zabronione.
www.wyspiarzniebieski.pl